wtorek, 14 grudnia 2010

Teraz Moce Niebios...


darmowy hosting obrazków
"Teraz moce niebios" (cs. Nynie Siły Niebiesnyja) to pieśń liturgiczna śpiewana podczas Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów, która jest odprawiana w każdą środę i piątek Wielkiego Postu. Śpiewana jest w momencie Wielkiego Wejścia, a więc w trakcie uroczystej procesji, która wychodzi przez północne diakońskie drzwi przed ikonostas, a następnie wchodzi z powrotem do ołtarza przez Królewskie Wrota (cs. Carskije Wrata). W trakcie tej procesji duchowni niosą Święte Dary - Ciało i Krew Chrystusa, których przemiana dokonała się na poprzedniej Bożej Liturgii (stąd też nazwa tego nabożeństwa).




Nynie siły niebiesnyja
s nami niewidimo służat,
Sie bo wchodit Car sławy.
Sie żertwa tajnaja sowierszenna dorynositsa.
Wieroju i lubowiju prystupim,
da pryczastnicy żyzni wiecznyja budiem.
Alliłuia! Alliłuia! Alliłuia!

Teraz moce niebios
niewidzialnie z nami sprawują Liturgię.
Oto bowiem wchodzi Król chwały.
Oto wnoszona jest spełniona ofiara tajemna.
Przystąpmy wiec z wiarą i miłością,
abyśmy stali się uczestnikami życia wiecznego.
Alleluja! Alleluja! Alleluja!

*moce niebios - anioły

środa, 8 grudnia 2010

O kolejnych etapach życia duchowego


darmowy hosting obrazków
Wielu z nas doświadczyło na pewno w swoim życiu czegoś w rodzaju nawrócenia. Oto żyjemy sobie spokojnie, zajęci własnymi przyziemnymi sprawami. Frapuje nas szkoła, praca, rodzina, przyjaciele, może jakieś hobby któremu oddajemy się całym sercem. Religia jest gdzieś na drugim lub trzecim miejscu. Gdzieś tam daleko w tle. Zapewne niektórzy z nas odebrali w domu rodzinnym wychowanie religijne. Rodzice nas nauczyli, że trzeba w niedzielę pojawić się na nabożeństwie, że trzeba obchodzić święta i że Bóg istnieje. Nasze życie religijne, o ile w ogóle istnieje, jest jednak płytkie. Jeśli jesteśmy jeszcze nastolatkami, nie chce nam się chodzić do szkoły na religię. Jeśli jesteśmy dorośli, nie mamy ochoty na lektury teologicznych książek ani sięganie po religijne czasopisma. Religia nie jest wówczas dla nas najważniejszą rzeczą w życiu. Jest może naszą towarzyską, ale taką dość odległą, ukrytą gdzieś daleko z tyłu.

Mijają długie lata takiego życia i oto nagle, któregoś dnia, sprawy religijne zaczynają nas ciekawić. Z dnia na dzień zauważamy rosnące zainteresowanie Bogiem. Zaczyna się nasze nawrócenie. Każdego dnia owa fascynacja i ciekawość stają się coraz silniejsze, aż w końcu uderzają w nas z całą swą mocą. Bóg przestaje być kimś kto był w naszym życiu gdzieś tam daleko w tle. Nagle staje się dla nas postacią pierwszoplanową. Nawracamy się. Zaczynamy uczęszczać aktywnie i o wiele bardziej świadomie na nabożeństwa, które odkrywają przed nami jakieś niesamowite piękno. Znaliśmy je przecież od dzieciństwa, ale o dziwo, teraz wydają się nam po stokroć piękniejsze. Ich siła i piękno są tak porażające, że niektórym z nas cisną się łzy do oczu. Jak mogliśmy wcześniej nie zauważać ich nieziemskiego piękna?! Zdecydowanie chętniej i o wiele częściej niż dotychczas w nich uczestniczymy. Jest nam tam po prostu dobrze. Modlitwa też przychodzi z łatwością i sprawia przyjemność. Chętnie sięgamy po książki religijne, które teraz są dla nas pasjonującą lekturą. Czujemy się szczęśliwi, że odnaleźliśmy w życiu Boga. Przez jakiś czas, może kilka lat, trwa w nas stan takiej fascynacji i szczęścia. Mamy wręcz wrażenie, że wprost nie dotykamy ziemi. Tak nam dobrze z Bogiem!

Niestety stan ten nie trwa wiecznie. Któregoś dnia zaczynamy odczuwać coś w rodzaju… zmęczenia. Przynajmniej tak nam się wydaje, że to zmęczenie. To co do niedawna wydawało się tak porażająco pięknym nabożeństwem, teraz zaczyna nas powoli męczyć. Czujemy się coraz bardziej znużeni. Coraz trudniej nam podczas nabożeństw o koncentrację. Coraz trudniej nam się modlić. Do niedawno modlitwa przychodziła z taką łatwością, a oto teraz staje się okropnie uciążliwa. Myśli odlatują nie wiadomo gdzie, a słowa wypowiadamy machinalnie. Coraz częściej łapiemy się na tym, że gdy przychodzi niedziela, to nam się nie chce iść na nabożeństwo, wolimy zostać w domu. Coraz mniej mamy ochotę na modlitwę. Nie mamy już ochoty sięgać po książki religijne. Co gorsza, w sercu odczuwamy coraz większą pustkę. Do niedawno czuliśmy tam szczęście i fascynację, a oto teraz gości tam coraz większa pustka. To trochę tak jakby ktoś wykręcał do tej pory mokry ręcznik. Coraz bardziej i bardziej staje się suchy, aż w końcu jest suchy niczym pieprz. To samo czujemy w sercu. Staje się coraz bardziej puste. Wydaje się nam, że nasza miłość wygasa. W końcu osiągamy punkt krytyczny. Całe to uczucie fascynacji i szczęścia, które nam towarzyszyło przez kilka ostatnich lat gdzieś odleciało. Teraz widzimy to wyraźnie. Owszem, chcielibyśmy, żeby znów wróciło, bo przecież było nam wtedy tak dobrze w życiu, ale wygląda na to, że nie ma na to szans. Zaczynamy się czuć „wypaleni”. W tym momencie wiele osób popełnia fatalny błąd. Uznaje bowiem, że przeszło w swoim życiu po prostu okres fascynacji religią, tak jak się przechodzi okres fascynacji różnymi rzeczami w życiu. Po jakimś czasie wszystko nam się nuży, czujemy się wypaleni i nasza dotychczasowa fascynacja wygasa. Dochodząc do takiego wniosku sporo ludzi… odchodzi od praktykowania religii. Stają się kimś w rodzaju „wierzących – niepraktykujących”. Nie chce się nam już modlić, bo modlitwa idzie jak po grudzie, nie przychodzi z łatwością, tak jak kiedyś, jest trudna. Nie chce nam się chodzić na nabożeństwa, bo jest nam ciężko na nich wytrzymać, wydają się długie i nużące i trudno się na nich skoncentrować.

Do takich wniosków jak powyżej dochodzimy wtedy gdy nie wiemy na czym polega życie duchowe i jakie są jego kolejne etapy. O tym wszystkim mówią nam jednak Święci Ojcowie. Opowiadają nam o tym również starcy gdy ich poprosimy o radę. Otóż, rzecz w tym, że kochający wszystkich ludzi Bóg, który pragnie zbawienia każdego człowieka, stara się nam w tej naszej drodze do zbawienia pomóc. Dlatego w pewnym momencie swojego życia, ktoś kto do tej pory nie interesował się sprawami wiary, nagle przeżywa nawrócenie. To szczęście, które w pewnym momencie zaczynamy odczuwać w sercu i owa rosnąca fascynacja sprawami religii, to dzieło Łaski Bożej. Po cerkiewno-słowiańsku określamy ją terminem Błagodat’, co dosłownie można by przetłumaczyć jako „Dar Łaski”. Oto bowiem Bóg przychodzi do naszego serca. Wypełnia je. Łaska Boża przenika nasze serce. Jest to dar Boży. Nie zasłużyliśmy sobie na to. To sam miłosierny Bóg, w swojej nieskończonej miłości, sam do nas przychodzi i zamieszkuje w naszym sercu. Daje nam siebie zupełnie bezinteresownie, można powiedzieć „za darmo”. Ponieważ Łaska Boża wypełnia nasze serce, odczuwamy tego skutki. Dlatego towarzyszy nam uczucie szczęścia. Dlatego tak bardzo religia zaczyna nas fascynować. Dlatego nabożeństwa zdają się wprost porażać nas swoim pięknem. Dlatego mamy wrażenia, że wprost nie dotykamy ziemi ze szczęścia. Dlatego nasze serce wypełnia miłość do Boga i do innych ludzi. Dlatego jest nam… po prostu dobrze. To wszystko to efekt działania w nas Łaski Bożej.

Stan taki trwa przez jakiś czas. Potem stopniowy odczuwamy coraz większa pustkę w naszym sercu. Dzieje się tak dlatego, ponieważ Łaska Boża powoli opuszcza nasze serce. Można powiedzieć, że Bóg przyszedł Sam do nas, poprzebywał trochę z nami, a teraz troszkę się odsuwa na bok. Zaczynamy odczuwać tego skutki w naszym sercu. Pustka, znużenie, zmęczenie, utrata poczucia szczęścia. Wszystko idzie jak „po grudzie”. Wszędzie mamy „pod górkę”. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego Łaska Boża, skoro raz zagościła w naszym sercu nie pozostaje tam na zawsze?

Podobne łączy się z podobnym. Dobro z dobrem, a zło ze złem. Każdy z nas ma wolną wolę. Bóg dając nam ten dar, nie może nas zbawić wbrew naszej woli. Oczywiście, jako wszechmocny, mógłby to uczynić, ale wówczas zaprzeczył by sam sobie. Po co bowiem, by nam dawał wolną wolę, skoro potem miałby ją złamać i zbawiać nas na siłę? Musimy sami zechcieć osiągnąć zbawienie. Musimy sami zechcieć pójść w kierunku Boga. Kiedy miłosierny Bóg zobaczy, że zmierzamy po drodze zbawienia będzie starał się nam pomóc. Jak w przypowieści o synu marnotrawnym. Syn zdecydował się powrócić do domu ojca, zaś ojciec widząc zmierzającego do niego syna wybiegł mu naprzeciw. Nie czynił mu wyrzutów, lecz cieszył się z jego powrotu. Bóg również wychodzi nam naprzeciw, gdy widzi, że do Niego zmierzamy. Pomaga nam i czeka na nas z otwartymi ramionami. Musimy tylko zechcieć przyjść do Niego. Z tym właśnie często mamy problem, ponieważ pogrążenie sprawami codziennymi nie myślimy o naszym zbawieniu. Bóg i religia pozostają w naszym życiu gdzieś daleko w tle. Ponieważ Bóg kocha nas i pragnie naszego dobra, pomaga nam w zbawieniu. Dlatego przychodzi do nas w pewnym momencie naszego życia, a jego Łaska wypełnia nasze serce. Przychodzi do naszego serca, byśmy się mogli sami przekonać, co to znaczy życie z Bogiem. Jakie to szczęście gdy możemy się z Nim zjednoczyć. Nic się nie może z tym równać! Przez ten okres, gdy Łaska Boża wypełnia nasze serce możemy się przekonać jak dobrze jest być z Bogiem. Otrzymujemy wówczas maleńki przedsmak tego, co nas czeka, gdy wkroczywszy wcześniej na drogę zbawienia dojdziemy do szczęśliwego jej końca. Ma to nas zachęcić do tego byśmy właśnie na tą drogę wkroczyli. Mówi o tym psalm 33 (34) - skosztujcie i zobaczcie jak dobry jest Bóg!

Kiedy już skosztujemy i zobaczymy jak dobry jest Bóg, Łaska Boża opuszcza nasze serce. Dlaczego? Tak jak wspomnieliśmy wyżej, ponieważ podobne łączy się z podobnym, dobro z dobrem, a zło ze złem. Tak naprawdę to przecież do tej pory żyliśmy w grzechu, byliśmy zniewoleni przez różne namiętności. Jakże więc będąc zanurzeni w grzechu i źle mogliśmy zaprosić do naszego serca Boga, który jest nieskończonym dobrem? Grzech ze świętością się nie łączą. Najpierw musimy oczyścić nasze serce z grzechu i namiętności i zaprowadzić tam dobro, by do tak oczyszczonego i przygotowanego domu mógł wejść Chrystus. Dopiero gdy oczyścimy się z grzechu, Bóg będzie mógł w nas zamieszkać. Im bardziej się oczyszczamy z namiętności, im mniej w nas grzechu, tym więcej w nas Boga. To, że Bóg przychodzi do nas wcześniej, pomimo iż ciągle jesteśmy zanurzeni w grzechu i zniewoleni przez namiętności to Jego wielki dar. Dar Jego nieskończonej miłości. Jest to dar dany nam po to, byśmy zeszli z drogi życia w grzechu, a weszli na drogę zbawienia. Żebyśmy zaczęli walczyć w swoim życiu z grzechem i zaczęli oczyszczać naszą duszę. Skosztowawszy owego szczęścia życia z Bogiem jesteśmy gotowi wkroczyć na tą ścieżkę wiodącą do zbawienia. Wtedy właśnie Łaska Boża opuszcza nasze serce. To tak jak z rodzicami, którzy uczą maleńkie dziecko chodzić. Najpierw trzymają dziecko za rączki gdy stawia ono pierwsze kroki. Potem jednak puszczają jego rączki, by dziecko nauczyło się chodzić samodzielnie. Owszem, dziecko będzie padać, będzie miało trudności, ale nauczone przez rodziców, którzy pokazali dziecku do czego ma zmierzać, jak stawiać kroki, stopniowo samo się będzie uczyć chodzić. Rodzice tak postępują z miłości do dziecka. Podobnie Bóg postępuje w stosunku do nas. Najpierw „trzyma nas za rączki” gdy się uczymy chodzić (Łaska Boża przychodzi do serca), a potem „puszcza nasze rączki”, byśmy nauczyli się chodzić samodzielnie (Łaska Boża opuszcza serce).

Gdy Łaska Boża opuszcza serce dopiero do nas dociera jak bardzo jesteśmy słabymi ludźmi. Dociera do nas, jak trudno jest żyć bez Boga. Dopiero teraz zaczynamy zauważać ile w nas grzechu. Dopiero teraz zaczynamy dostrzegać namiętności, które nas zniewalają. Jest nam ciężko. Bóg opuścił nasze serce i teraz wszystko idzie jak po grudzie. W tym momencie nie powinniśmy się załamywać i dochodzić do wniosku, że coś się w nas wypaliło. Jest to po prostu kolejny etap w naszym życiu duchowym! Teraz powinniśmy podjąć walkę! Pamiętając to jak nam było dobrze gdy Bóg gościł w naszym sercu będzie nam łatwiej tą walkę prowadzić, bo będziemy cały czas pamiętać do czego zmierzamy. A sama walka, niestety jest mordercza. Nie ma nic trudniejszego niż walczyć z samym sobą. Z własnym grzechem i namiętnościami. Sami byśmy nie dali rady, lecz na szczęście miłosierny Bóg nas nie opuszcza. Pomaga nam prowadzić tą walkę. Dlatego mamy nabożeństwa, modlitwę, sakramenty, a zwłaszcza spowiedź i Eucharystię. To wszystko środki, które dał nam Chrystus byśmy mogli łatwiej kroczyć po drodze wiodącej do zbawienia. Wszystko to jest nam dane po to, by pomóc w naszej duchowej walce.


Na zdjęciu powyżej, współcześnie żyjący starzec Eliasz z monasteru Optina Pustyń.

czwartek, 27 maja 2010

Matka Gabriela (Papayannis)


darmowy hosting obrazków
Bóg przyzywa ludzi do Swojej służby w każdym wieku. Jedną z takich osób była grecka mniszka, matka Gabriela Papayannis (1897-1992). Urodzona w Konstantynopolu, w zamożnej greckiej rodzinie, jako najmłodsze, czwarte dziecko, odebrała znakomite wykształcenie. Władała swobodnie kilkoma językami, zarówno współczesnymi jak i bizantyjską greką.

W 1923 roku rodzina Papayannisów, w ramach „wymiany ludności” po wojnie grecko-tureckiej przeniosła się do Salonik. Przyszła mniszka Gabriela została pierwszą w historii studentką uniwersytetu w tym mieście i drugą Greczynką, która rozpoczęła studia wyższe. Wkrótce okazało się, że życie świeckie zupełnie jej nie pociąga. W 1932 roku czując wezwanie Chrystusa, Gabriela wyjechała do Aten, gdzie żyła samotnie i poświęciła się pracy w domach opieki. Kilka lat później wyjechała do Anglii (do Londynu dotarła z jednym funtem w kieszeni) gdzie studiowała fizjoterapię i pediatrię równocześnie opiekując się chorymi. Tuż po wojnie wróciła do Grecji działając w organizacji charytatywnej Friends Refugee Mission a w 1947 roku otworzyła w Atenach własny punkt fizjoterapii. Wtedy właśnie opracowała swój unikalny sposób leczenia, łączący zabiegi lecznicze i nieustanną modlitwę Jezusową. Jak wspominała po wielu latach, Bóg nie jeden raz wysłuchiwał jej modlitw i uleczył wielu pacjentów, zaś procedury lecznicze stanowiły czasem rodzaj „parawanu” dla uzdrawiania modlitwą.

Jednak dopiero w roku 1954, kiedy zmarła jej matka, Gabriela zdecydowała się poświęcić całkowicie ludziom. „Śmierć matki odcięła ostatnią nić łącząca mnie ze zwykłym materialnym życiem na tej Ziemi. Nagle stałam się martwa, martwa dla świata”. Po nocy spędzonej na modlitwie przed promieniejącą niestworzonym światłem ikoną Chrystusa Pantokratora, Gabriela zdecydowała się rozpocząć życie w całkowitym ubóstwie. W przeciągu kilku następnych miesięcy rozdała majątek ubogim i wyruszyła do Indii, gdzie przez cztery lata opiekowała się chorymi w leprozoriach a piąty rok spędziła żyjąc w odosobnieniu w Himalajach, gdzie poczuła powołanie do życia monastycznego. W roku 1959 przybyła do greckiego monasteru św. św. Marty i Marii w Betanii i złożyła tam śluby mnisze. Duchowy opiekun mniszek o. Teodozjusz zdumiony głębią wiary i pokorą Gabrieli nie podjął się kierownictwa duchowego. „Starcy dawnych czasów już nie żyją, ja z pewnością się do nich nie zaliczam” rzekł. „Przybyłaś tu aby zbawić swoją duszę. Jeżeli zacznę dawać ci wskazówki to obydwoje możemy nasze dusze zatracić. Ale jest tu pewien o. Jan, on będzie twoim starcem”. Chodziło o św. Jana Klimaka, którego „Drabina” (Lestwica) stała się, obok Ewangelii Janowej, jedyną lekturą matki Gabrieli.

Po kilku latach pobytu w Ziemi Świętej patriarcha Atenagoras polecił jej poświęcić się dziełom misyjnym, początkowo w USA i Francji, a potem ponownie w Indiach. Osiadła w miejscowości Nani Tal w stanie Utrat Pradesh, gdzie m.in. współpracowała z prawosławnym misjonarzem o. Lazarusem Moorem, tłumacząc Księgę Psalmów na języki lokalne. Kolejne lata upływają jej na misjach we wschodniej Afryce i Europie, gdzie archimandryta Sofroniusz (Sacharow) prosi ją o przyjęcie funkcji ihumeni (przeoryszy) żeńskiego monasteru w Essex.

W roku 1977 osiemdziesięcioletnia matka Gabriela powraca z misji i osiada w Atenach, wychodząc z założenia, że współczesne miasto to prawdziwa pustynia, spragniona pomocy i posługi duchowej. Mieszka w maleńkim mieszkaniu na poddaszu, w samym centrum greckiej stolicy, służąc duchową poradą tysiącom ludzi. Wśród jej uczniów i wielu znających gerontissę Ateńczyków mieszkanie znane jest jako Dom Aniołów. Czas od rana do wczesnego popołudnia upływa jej na modlitwie, potem przyjmuje wszystkich poszukujących rady i wsparcia. Tę posługę pełni do 1989 roku, kiedy postanawia wreszcie zamieszkać w odosobnieniu. Wybiera maleńki erem (pustelnię) położony na wyspie Egina, w pobliżu sanktuarium św. Nektariusza, jednak i tu nieprzerwanie ciągną do niej ludzie. Z początkiem Wielkiego Postu w 1990 roku lekarze diagnozują u niej nowotwór węzłów chłonnych. Matka Gabriela spędza okres postu w szpitalu, poszcząc i czytając Psałterz. Po przyjęciu komunii w dniu Paschy choroba w niewyjaśniony sposób w ciągu kilku dni ustępuje.

Niestrudzona gerontissa decyduje się na ostatnią podróż. Udaje się na wysepkę Leros, gdzie składa śluby Wielkiej Schemy i zakłada hezychastrion (mały monaster o regule szczególnie skoncentrowanej na modlitwie Jezusowej) p.w. Świętych Archaniołów. Tam też umiera w marcu 1992 roku.

Życiorys zapewne mało barwny, jak życie wielu innych ludzi, którzy oddali siebie Bogu i bliźnim. Jak napisał pewien człowiek, który znał matkę Gabrielę prze wiele lat, ciężko oddać słowami miłość, jaką okazywała ludziom i czystość jej duszy: „słowa są narzędziami tego świata, zaś osoba matki Gabrieli okryta była spokojem świata Przyszłego Wieku. Była wcielona miłością”.

Gerontissa Gabriela Papayannis nie poszukiwała chwały ani rozgłosu. Nie pozwalała za życia na publikację swoich pism i wypowiedzi. Pozwoliła tylko kilkakrotnie sfotografować się w ostatnich latach życia.

Biografia tej świętej kobiety naszych czasów zapewne nieprędko doczeka się polskiego przekładu, dlatego proponuję Czytelnikom tłumaczenie niektórych jej wypowiedzi, wiele z których przypomina słynne sentencje (apoftegmaty) Ojców Pustyni.
-----

Nie wiedza uzyskana przez edukację ale wiedza uzyskana przez cierpienie – oto duchowość prawosławia.

Nic nie jest tańsze od pieniędzy.

Lepsze piekło tutaj niż na tamtym świecie.

Pragniemy naszej wolności. Po co? Aby stać się niewolnikami własnych namiętności.

Bóg często żąda od nas nie czynów lecz intencji. Wystarczy, że widzi iż gotów jesteś pełnić Jego wolę.

To, co mówimy, trwa w wieczności.

Tylko kiedy wydoskonalisz się w miłości, możesz uwolnić się od namiętności.

Kiedy będziemy w potrzebie, Bóg pośle nam właściwą osobę. Wszyscy jesteśmy współtowarzyszami podróży.

Językiem Boga jest cisza.

Kto żyje przeszłością przypomina umarłego. Kto żyje marzeniami o przyszłości jest naiwny, gdyż przyszłość należy tylko do Boga. Radość Chrystusa można odnaleźć tylko w obecnej chwili, w wiecznym Bożym Teraz.

Bóg kocha twojego wroga tak samo, jak ciebie.

Wszyscy jesteśmy naczyniami, czasami wypełnia nas Światło, czasem Ciemność.

Jak piękna jest tajemnica jutrzejszego dnia!

Doświadczenie mówi mi, że nie jesteśmy w stanie sami pomóc komukolwiek. Pomoc przychodzi tylko od Boga, we właściwym czasie.

Tak łatwo pościć, kiedy ktoś chce się odchudzić i jakże trudno przychodzi post w środy i piątki, którego wymaga od nas Kościół.

Każdego ranka otwórz nową stronę i podpisz ją in blanco. Pozwól Bogu dopisać resztę.

Jeśli nie osiągniesz punktu rozpaczy, nigdy nie ujrzysz Światłości. Niektórzy pragną dotrzeć do Zmartwychwstania omijając po drodze Golgotę.

Każdy człowiek jest posłańcem.

Konferencja: ludzie, którzy nie są w stanie niczego zrobić spotykają się aby stwierdzić, że niczego nie da się zrobić.

Jezus Chrystus dał nam złotą zasadę postępowania: bądź samotny ale z ludźmi.

Nigdy nie utożsamiaj jakiejś osoby ze złem, które ci uczyniła. Dostrzegaj Chrystusa w jej sercu.

Człowiek niezdecydowany nie znajdzie sobie miejsca w życiu.

Życie Kościoła leży poza sferą wszelkiej dyscypliny moralnej lub obowiązków religijnych. Jest to transcendencja moralności w duchowość.

Najwyższym aktem miłosierdzia jest mówić dobrze o ludziach.

Dając innym radość będziesz pierwszym, który ją odczuje.

Niech Bóg stoi między tobą a twoim celem. Nie twój cel miedzy tobą a Bogiem.

Korespondencja to jedyny sposób łączenia samotności z przyjaźnią.

Kontakty z ludźmi są problemem, kiedy ”Ja” znajduje się wyżej niż “Ty”.

Dopiero robiąc przerwę pozwalamy aniołom uczynić coś dla nas.

Każdego dnia powinniśmy Go prosić aby łamał naszą wolę i czynił ją Swoją.

Łaska Boga nadchodzi, kiedy wyciągamy rękę.. Bóg jest zawsze gotów udzielić nam Swej łaski, ale gdzie jest ręka?

Jeżeli poprosisz o przysługę zajętego człowieka, wyświadczy ci ją. Próżny lub leniwy, nigdy.

Biada mi jeśli nie mam miłości!

Na statkach zdarza się, że jeden marynarz chwyta drugiego za gardło. Mimo to statek dopływa do celu. Podobnie jest z Kościołem, ponieważ u steru stoi Chrystus.

Miłość to nigdy nie mówić “nie”, “ale” i “nie chcę”.

To czego nie lubisz, spotka cię pewnego dnia. Z tego powodu dobrze nie mieć rzeczy, których się nie lubi.

Im mocniej są zamknięte drzwi miejsca, w którym się modlisz, tym szerzej otwarte bramy Nieba.

Kiedy mówimy o kimś, że jest “wrażliwy”, oznacza to, że zostało zranione jego ego i jest mu przykro, gdyż jest pyszny. To samo dzieje się z dziećmi, które wybuchają płaczem, gdy tylko ktoś przeciwstawi się ich zachciankom. Nie tak winien zachowywać się człowiek Boży. Święci nie byli dumni i wszystko, co im czyniono, przyjmowali z pokorą i spokojem. Ich dusza nie była “wrażliwa”, nie można było jej obrazić gdyż była pełna miłości i wolna od namiętności.

Pragniesz coś zrobić? Nie mów o tym głośno. Taka rzecz “zmaterializuje” się w słowach i trudno będzie zrealizować ją w rzeczywistości. Zachowaj więc ją w tajemnicy do końca – przed wszystkimi!

Kto nie traci, ten nie znajduje.

Nie jest winą igumena, że jest zbyt wymagający. To wina twojego sumienia.

Jeżeli węgiel nie będzie “obity”, jak stanie się diamentem?

Zły humor to inna nazwa egoizmu.

To, co świat nazywa zbiegiem okoliczności, ja nazywam spotkaniem.

Uważaj na ludzi, którzy usiłują cię obrazić a potem prosić o przebaczenie. Dostarczysz im podwójnej satysfakcji: obrazili cię a ty im wybaczyłeś.

Nie to, co wiesz, ale to, co znajdujesz.

Łatwiej poświęcić się za tych, których kochasz, niż z nimi żyć.

Jesteś wolny tylko wtedy, kiedy jesteś zamknięty.

Wszystkich można obdarzyć radością. Jednych przychodząc, innych wychodząc.

Nigdy nie oczekuj, że zrozumie cię ktoś poza Bogiem.

Nawet w tym życiu Chrystus wskrzesza nas z martwych.

Nie słuchaj co mówią. Patrz co robią.

Nie muszę cię znać. Muszę cię kochać.

Zawsze naprzód. Choćby w tempie żółwia.

Wolność rodzi się z bólu.

Przyjdźcie, pomilczmy.


Opracował Andrzej Fiderkiewicz

niedziela, 9 maja 2010

Św. Jan z Kronsztadu "Dziennik" cz. 1


darmowy hosting obrazków
Św. Jan z Kronsztadu
(1828–1908) był jednym z najwybitniejszych prawosławnych duchownych. Jeszcze za życia otaczała go opinia świętości z powodu wielu cudownych zdarzeń spowodowanych jego wstawiennictwem oraz dzięki drukowanemu na bieżąco i bardzo popularnemu dziennikowi, którego fragmenty poniżej zamieszczam. Dziennik jest niepowtarzalnym dokumentem ludzkiej duchowej walki. Zapiski o. Jana który niedawno został kanonizowany, stały się jego duchowym testamentem i odpowiedzią na najważniejsze pytanie: jak żyć.

Poniższe tłumaczenie fragmentów "Dziennika" św. Jana z Kronsztadu zaczerpnąłem ze strony parafii prawosławnej pw. św. Mikołaja w Szczecinie
.

19 sierpnia 1904 r.

Kusi, wciąż kusi najgorszy i najgroźniejszy wróg. Dziś w cerkwi w Kronsztadzie kusił i dręczył mnie nieprzyjaźnią, jakimś uczuciem poniżenia, zazdrości i zawiści wobec mojego soborowego psalmisty, którego głos bardzo wyróżniał się podczas śpiewania liturgicznych pieśni. Z trudnością zniosłem atak wroga, jego palące dotknięcie, i tylko skruchą w sercu i modlitwą pokonałem go, wyjmując cząsteczki prosfory i prosząc, by Bóg zlitował się nade mną. Jak bardzo trzeba żałować chrześcijan i niechrześcijan, dobrowolnie i mimowolnie, świadomie i nieświadomie cierpiących diabelskie ataki i pokusy.

26 października

Dziś podczas liturgii Bóg objawił we mnie niezmierzoną siłę Swej łaski i ogromną moc miłosierdzia za moją wiarę i modlitwę w sercu. Szczególnie mocna i jak grom niespodziewana pokusa w trakcie Wielkiego Wejścia, kiedy wróg wpił się w moje serce niechęcią wobec N., która stała w miejscu w którym nie wolno stać, lecz dzięki szybkiej pokucie w sercu i osądzeniu swojego uczucia, przywołałem miłość, pomoc Bożą i pokój duszy. Pozostałą część liturgii służyłem w pokoju i pełen łaski, tak samo przyjąłem Eucharystię. Jednak zasmucili i rozzłościli mnie ludzie cisnący się do Czaszy i pocieszyłem wroga swym gniewem. Moją głęboką pokutę przyjął Pan i zmiłował się nade mną. Jakże kusi przeklęty! Bądźcie trzeźwi i czujni, albowiem wróg wasz, diabeł, przechadza się jak ryczący lew, szukając ofiary.

20 maja 1905 r.

Kiedy wyjeżdżałem z mojego klasztoru na kolej, uległem silnej pokusie niechęci, za sprawą biednych chłopców, którzy biegli za moją dorożką, prosząc o jałmużnę. Rozgniewałem się, bo prosili drugi raz (dostali już po rublu, choć nie wszyscy) i opuściła mnie Łaska Boża, serce zabolało i ścisnęło się, płonąc piekielnym gniewem. Z trudem uprosiłem Pana, niech przebaczy mi grzech niechęci, braku serca, skąpstwa i chciwości. I dopiero w wagonie, podczas wytrwałej modlitwy pokuty, dostąpiłem przebaczenia grzechów, uczucia pokoju i wolności serca. Nie pozwól Boże dochodzić znowu do takiego stanu ducha, naucz mnie zawsze litować się nad ubogimi i współczuć im, gdyż moja ręka dotąd nie zbiedniała od dawania.

Dziś 21 maja

Dzięki Bożej łasce wygnałem biesy z kobiety, która cierpiała przez nie od 18 lat. Dziękuję Ci Panie, za Twoją miłość i siłę, objawioną w przegnaniu demonów ze służebnicy Twojej, chłopki z jarosławskiej guberni.

Ciężką moralną szkodę wyrządziłem sobie jedząc bez potrzeby jajecznicę z ciemnym chlebem i świeżą zupę rybną. Choć zjadłem bardzo mało, przez całą noc czułem w sercu ciężar i pustkę, i nie mogłem spokojnie spać. Łaska Boża opuściła mnie, grzesznika za łakomstwo i niepohamowany apetyt. Odtąd nigdy nie jeść kolacji. Jak lekko bywa na sercu, gdy żołądek jest pusty.

18 czerwca

Jeden dzień bez służby Bożej i odczuwam upadek duchowego życia, odpływ łaski i obecność grzesznej siły. Trzeba było niemałej walki ze wzmocnioną pokusą grzechu. Służba Boża i przyjęcie Świętych sakramentów odnowiły mą naturę i zerwałem się jak ze snu. Chwała Bogu! Jeśli nie spożywacie Ciała Syna Człowieczego i nie pijecie Jego Krwi, nie macie w sobie żywota. To prawdziwe słowa Pana mego i Boga.

O sporze z myślami


Poniższy artykuł ukazał się w "Przeglądzie Prawosławnym"
Numer 7 (289) lipiec 2009.


Mówimy o sobie, iż jesteśmy prawosławni, lecz czy zdajemy sobie sprawę z tego, co tak naprawdę oznacza bycie prawosławnym chrześcijaninem?

Często nasze prawosławie koncentruje się wokół samej obrzędowości. Chodzimy do cerkwi, obchodzimy święta, dysponujemy pewną wiedzą na temat naszej wiary i w zasadzie wydaje się nam, że możemy o sobie powiedzieć, iż jesteśmy w pełni prawosławni. Tymczasem, jak podkreślają Święci Ojcowie, istota i sens chrześcijaństwa zawiera się w jego życiu duchowym. Podstawowym celem naszego chrześcijańskiego życia pozostaje walka z grzechem. Jeżeli nie walczymy z pokusami, które nas nakłaniają do popełnienia grzechu, jeżeli nie staramy się oczyścić naszego serca z wszelkiego gnieżdżącego się tam zła, to tak naprawdę nie żyjemy pełnią prawosławnego życia. Walka z gnębiącymi nas namiętnościami jest zatem naszym głównym chrześcijańskim obowiązkiem. Walka z własnymi namiętnościami jest rzeczą niesłychanie trudną. To mordercza walka, która wiąże się z ogromnym cierpieniem i dlatego porównywana jest do ukrzyżowania. Żeby móc prawidłowo walczyć, należy korzystać ze wskazówek tych, którzy w tej walce są bardziej doświadczeni od nas. Takie wskazówki możemy odnaleźć na przykład w pismach Ojców Pustyni. Za takich uważamy pierwszych mnichów zamieszkujących egipską pustynię, którzy całe życie poświęcili walce z grzechem. Nasuwa się pytanie o aktualność takich wskazówek, skoro zostały one spisane przeszło tysiąc sześćset lat temu? Wystarczy jednak choć trochę zagłębić się w opisy walk duchowych, jakie przyszło im toczyć, by się przekonać, że problemy, z jakimi musieli się zmierzyć nie tylko nie odbiegają od naszych, lecz wręcz są z nimi tożsame!

Każdego roku, podczas trzech kolejnych niedziel poprzedzających Wielki Post, na Wsienoszcznom Bdieniji, śpiewany jest psalm 136, zaczynający się od słów Nad rzekami Babilonu (cs. Na rekach Wawilonskich). Ostatni wers psalmu brzmi: Błogosławiony, kto pochwyci i roztrzaska niemowlęta twoje o skałę (cs. Błażen, iże imiet i razbijet mładiency twoja o kamien’). Ową „skałą” jest Chrystus, zaś pod pojęciem „niemowląt” w sposób symboliczny zostały tu przedstawione mimowolnie nas nachodzące grzeszne myśli i obrazy. Zgodnie ze słowami św. Maksyma Wyznawcy: Jeśli ktoś nie zgrzeszył w myślach, to nigdy nie zgrzeszy w uczynkach, każdy grzech ma swoje źródło najpierw w naszych myślach. Chcąc mu zatem zapobiec, powinniśmy natychmiast odrzucić każdą grzeszną myśl, która pojawi się w naszym sercu. Początkowo taka myśl ma jeszcze małą moc i dlatego psalm określa ją mianem „niemowlęcia”. Wtedy właśnie najłatwiej ją pokonać. Pewien starzec tak objaśniał to swemu uczniowi: Wyobraź sobie, że idziesz ulicą i mijasz gospodę. Z gospody tej dolatują do ciebie kuszące zapachy różnego rodzaju potraw. Ciągle jeszcze jesteś niezdecydowany, co zrobić – wejść do środka i zjeść czy też przejść obok.
Gdy tylko grzeszna myśl pojawi się w naszym sercu, mamy możliwość wyboru – możemy ją przyjąć lub odrzucić. Jeśli zdecydujemy się ją przyjąć, myśl ta zyskuje na mocy i staje się tym bardziej silna im dłużej prowadzimy z nią przyjazny dialog. W końcu jest tak silna, iż opanowuje nas całkowicie i w ten sposób stajemy się jej niewolnikami. Nie mamy już sił, by dłużej się jej przeciwstawiać i popełniamy grzeszny uczynek.

Skąd się biorą grzeszne myśli? Głównym ich źródłem są demony. Jeden z najbardziej znanych pisarzy ascetycznych, którego dzieła wywarły duży wpływ na prawosławną duchowość, Ewagriusz z Pontu, rozróżnia osiem demonów odpowiedzialnych za kuszenie do ośmiu grzechów: łakomstwo, nieczystość, chciwość, smutek, gniew, acedia (zniechęcenie), próżność i pycha. Zdaniem Ewagriusza najważniejsze spośród nich to łakomstwo, chciwość i pycha. Wszelkie pozostałe namiętności rodzą się z tych trzech podstawowych: Nie można wpaść w ręce ducha nieczystości, jeżeli nie upadło się najpierw za sprawą demona obżarstwa (…), ani nie uniknie ktoś pychy, jeśli nie wyrwie się najpierw chciwości. Nie może człowiek natknąć się na jakiegoś demona, jeśli najpierw nie został zraniony przez tamte, stojące w pierwszym szeregu („O myślach”).
Jeśli zatem w naszym sercu pojawia się jakaś grzeszna myśl czy obraz, oznacza to, iż przystąpił do nas demon i stara się skusić: Gdyby umysł mój wyobraził sobie twarz człowieka, który mnie skrzywdził czy też znieważył, dowodziłoby to, że zbliżyła się myśl pamiętania złego. Gdyby z kolei pojawiło się wspomnienie o bogactwach bądź o chwale, to po przedmiocie jasno rozpozna się dręczącego nas demona. Podobnie, co do innych myśli („O myślach”).

Jak walczyć z demonami? Przede wszystkim należy być bardzo czujnym. Pierwsza metoda walki z demonami polega na samoobserwacji, badaniu myśli i wyobrażeń, by w porę rozpoznać tą myśl, która może stanowić dla nas zagrożenie. Święty Antoni Wielki stawiał pytanie o pochodzenie konkretnych myśli: „Kim jesteś i skąd?”. Bardzo pomocne w tej walce jest też posiadanie własnego ojca duchowego. Mniej doświadczeni mnisi już od czasów starożytnych oddawali się duchowej opiece bardziej doświadczonych ascetów, którym wyjawiali wszelkie myśli, które pojawiały się w ich sercu. Ci zaś, będąc bardziej zaawansowani w życiu duchowym, potrafili rozpoznać, które z nich mogą stanowić zagrożenie.
W swoim dziele „Antirrheticon” („O sporze z myślami”) Ewagriusz proponuje, by walczyć ze złymi myślami za pomocą cytatów z Pisma Świętego. Zbawiciel w taki właśnie sposób zwyciężył szatana podczas czterdziestodniowego postu na pustyni. Każdą z trzech pokus pokonał przeciwstawiając jej stosowny fragment z Pisma Świętego. W „Antirrheticonie” znaleźć możemy zbiór konkretnych myśli, które mogą nas zaatakować oraz stosowne cytaty z Biblii, które mogą nam pomóc odnieść nad nimi zwycięstwo. Ponieważ rzeczą trudno jest zapamiętanie tak dużej ilość cytatów z Pisma Świętego, toteż z czasem ustalił się zwyczaj praktykowania Modlitwy Jezusowej jako głównego oręża w walce z pokusami.

Demon łakomstwa

Łakomstwo nazywane jest przez Ewagriusza pierwszą wśród namiętności („O ośmiu duchach zła”). Demon łakomstwa nie namawia bynajmniej do tego, co rozumie się pod klasycznym pojęciem obżarstwa – jedzenia w nadmiarze. Stara się za to skłonić do jedzenia i picia rzeczy bardziej wyrafinowanych, o niezaprzeczalnych walorach smakowych, dających rozkosz naszemu podniebieniu. Zaczynamy jeść i pić w nadmiarze nie dlatego, iż nasz organizm tego potrzebuje, lecz dlatego że dostarcza nam to przyjemności. W ten sposób stopniowo osłabiamy nasze ciało, przyzwyczajając je do rozkoszy. W końcu ciało staje się tak rozleniwione, że nie może zbyt długo wytrzymać bez rozkoszy, domagając się dostarczania sobie cały czas nowych doznań. Tak osłabione ciało staje się łatwą pożywką dla demonów innych namiętności, które kusząc obiecują dostarczanie ciału wciąż nowych rodzajów przyjemności. Demony zdają się sugerować – „uczyń to i to, a twoje ciało przeżyje chwilę przyjemności”.
Nic zatem dziwnego, iż będąc zniewoleni przez łakomstwo tak łatwo wpadamy w pułapkę innych grzesznych czynów. Jak pisze Ewagriusz: Wiele drewna roznieca wielki płomień, zaś mnóstwo pokarmów karmi pożądliwość. Płomień przygasa gdy zabraknie materii, a niedostatek pokarmów uśmierza pożądliwość („O ośmiu duchach zła”). Wynika z tego dla nas oczywista lekcja. Im bardziej umartwiamy nasze ciało, trzymając je z dala od rozkoszy, tym mniejsze szanse, iż oddamy się w niewolę grzechu. Stąd tak wielka waga postu. Ograniczając się w spożywaniu wyrafinowanych posiłków, możemy utrzymywać nasze ciało pod kontrolą.
Zdając sobie sprawę z wielkiej skuteczności postu, demon łakomstwa stara się nam go za wszelką cenę wyperswadować, podsuwając różne, zdawałoby się racjonalne, argumenty. Przede wszystkim tłumaczy, że to przecież nic złego kupić sobie coś smacznego do jedzenia. Sugeruje również, iż przepisy postne są dla nas zbyt ciężkie, a samo poszczenie nic nam nie da. Straszy też chorobą wynikającą z osłabienia od zbyt długiego postu.

Demon nieczystości

Demon nieczystości wymusza pożądanie odmiennych ciał. Szczególnie silnie atakuje żyjących we wstrzemięźliwości, aby ją porzucili, przekonani, że niczego przez nią nie osiągną. W przypadku osób młodych przekonuje, iż pożądanie wynika po prostu z ich młodzieńczej natury i w związku z tym nie ma sensu walczyć z czymś, co w pewnym wieku jest jak najbardziej „naturalne”.
Demon atakuje również w czasie snu podsuwając ludziom różne nieczyste wizje: Nocą w czasie snu (…) zaraz zobaczą z kolei demonów przemienionych w kobiety, które lubieżnie się zachowują i chcą zabawiać się bezwstydnie. Dzieje się tak, ponieważ pożądliwość łatwo dopuszcza myśli nieczyste, poruszona przez zjawy podczas snu; takie zjawy zsyłają na nich, torując sobie drogę działania w dzień następny („O myślach”). Tych, którzy próbują podjąć z nim walkę, demon przekonuje, że i tak to nie ma sensu, bowiem myśli są zbyt natrętne i jest ich zbyt wiele, by mogły zostać odparte, a jeśli nawet on sam zostanie pokonany, to przyjdzie drugi demon, silniejszy od niego. Tak więc nie da się odnieść zwycięstwa, a porażka jest nieunikniona i nic już nie pomoże. Nawet post i modlitwa.
Ewagriusz zwraca uwagę na ścisły związek pomiędzy łakomstwem, a nieczystością: „obżarstwo jest matką rozpasania” („O ośmiu duchach zła”). Ktoś kto wpadł w sidła łakomstwa, wpadnie z czasem także w sidła nieczystości. Jedno pociąga za sobą drugie: Kto walczy z demonem nieczystości, nie weźmie sobie sytości za sprzymierzeńca, bowiem ta opuści go i stanie po stronie przeciwników i na koniec walczyć będzie razem z wrogami przeciwko niemu („O ośmiu duchach zła”). Najskuteczniejszą metodą walki z tym demonem jest zatem powściągliwość w jedzeniu.

Demon chciwości

Demon chciwości neguje powody, dla których należałoby walczyć z tym popędem. Podsuwa na myśl różne sytuacje, w których człowiek może się znaleźć, jeśli nie będzie oszczędzał. Zabrania dzielenia się z potrzebującymi, a zwraca uwagę na konieczność gromadzenia pieniędzy wyłącznie na własny użytek z uwagi na starość, która nas czeka, możliwość wpadnięcia w nędzę, choroby, potencjalną utratę pracy.
Demon ten wmawia nam również, że nie ma sensu pożyczać pieniędzy osobie, która nas o to prosi, bo na pewno nie będzie miała z czego oddać. Skłania do nienawiści względem rodziców, którzy rzekomo nie troszczą się o nas wystarczająco, dając nam zbyt mało pieniędzy, by zaspokoić wszystkie nasze potrzeby. Wzbudza w nas również przekonanie, że biedak potrzebujący pieniędzy jest zapewne oszustem, który spożytkuje otrzymaną jałmużnę na jakieś niecne cele, zamiast wydać je na jedzenie.

Demon smutku

Smutek Ewagriusz definiuje jako przygnębienie duszy. Smutek pojawia się u tych, którzy są zniewoleni przez inne namiętności. Jeśli poniesie finansowe straty ktoś, kto jest opanowany przez chciwość, ten natychmiast wpadnie w przygnębienie z tego powodu. Podobnie osoba zniewolona przez próżność, gdy dotknie ją niesława, opanuje ją też smutek. Źródłem tej namiętności może być również gniew.
Smutek powstaje też, kiedy człowiek zaczyna rozpamiętywać swoją przeszłość, a w szczególności bardzo dobre chwile. W przeszłości wszystko wydaje się być lepsze i piękniejsze. Konfrontacja wspomnień z chwilą obecną wypada często na niekorzyść tych drugich, co powoduje przygnębienie.
Zdaniem Ewagriusza, kto pokona inne namiętności, pokona również smutek: Wstrzemięźliwy nie zasmuci się z powodu braku pokarmu; ani powściągliwy, jeśli nie osiągnie zbytecznej przyjemności; ani łagodny, jeśli wymknęła się sposobność do zemsty; ani pokorny, pozbawiony ludzkiej czci; ani niechciwy pieniędzy, gdy poniósł straty („O ośmiu duchach zła”).
Konsekwencje smutku mogą być katastrofalne dla naszego życia duchowego, bowiem: Nie zna duchowej rozkoszy smutny (…), nie pobudzi swego umysłu do kontemplacji, ani nie wzniesie czystej modlitwy („O ośmiu duchach zła”).

Demon gniewu

Gniew jest bardzo gwałtowną namiętnością. Silnie targa duszą człowieka, zaciemniając jego umysł.
Człowiek opanowany przez gniew nie potrafi w swoim sercu wzbudzić pobożnych myśli. Już na sam widok drugiej osoby błyskawicznie narasta w nim złość. Brak w nim miłości do bliźniego. Wszystko go denerwuje, wszystko irytuje. Brak mu cierpliwości.
Człowiek targany gniewem nie może zaznać spokoju w duszy, bo jego namiętność wciąż pozostaje niezaspokojona. Zmianie ulega też oblicze takiego człowieka. Gniew, który nosi w sercu, uwidacznia się w jego wyglądzie zewnętrznym.
Nieprzypadkowo mówi się, iż oczy są zwierciadłem duszy. Jak pisze Ewagriusz, oczy gwałtownika są zaniepokojone i nabiegłe krwią („O ośmiu duchach zła”).
Obecność gniewu w duszy uniemożliwia modlitwę. Czasami demon szydzi z człowieka wzbudzając najpierw w jego sercu gniew do bliźnich, a potem skłaniając do modlitwy, w której jest sławiona łagodność i cierpliwość jako jedyna droga do Boga. Taka modlitwa naturalnie nie jest miła Bogu.
Demon ten wzbudza w nas złe wyobrażenia o kimś, kogo nawet osobiście nie znamy. Demon gniewu nie pozwala również na to, by w naszym sercu pojawiło się pragnienie pojednania z kimś, z kim się pokłóciliśmy. W tym celu podsuwa nam szereg rzekomo racjonalnych argumentów, które uniemożliwiają pojednanie.
Dlaczego to ja mam pierwszy wyciągnąć rękę do zgody? Dlaczego nie miałaby tego zrobić strona przeciwna? Przecież to ja jestem poszkodowany, a nie on! Ewagriusz w swoich pismach przywołuje w tym miejscu słowa apostoła Pawła: Niech nad gniewem waszym nie zachodzi słońce (Ef. 4, 26).
Pismo Święte apeluje do nas byśmy nie wdawali się w rozważania odnośnie tego czy nasz gniew jest słuszny, czy też nie. Nie ważne kto bardziej zawinił, a kto mniej. To my powinniśmy jak najszybciej dążyć do zgody. Niebagatelną rolę odgrywa tu też pokora, bowiem człowiek który dąży do zgody musi zapomnieć o swoich racjach, które rzekomo uzasadniają jego gniew do bliźniego. Musi się ukorzyć, ustąpić jako pierwszy.

Demon acedii (zniechęcenia)

Demon acedii jest najuciążliwszym spośród demonów. Wpędza człowieka w zniechęcenie, przygnębienie, wyczerpanie, zobojętnienie. Sprawia, że nie można znaleźć sobie miejsca, w którym w końcu by się odnalazło duchowy spokój.
Demon zniechęcenia wzbudza w nas niechęć do miejsca, w którym obecnie się znajdujemy i pracy, którą właśnie wykonujemy. Ewagriusz w swoich pismach przedstawia nam obraz mnicha owładniętego demonem zniechęcenia. Mnich siedzi w swojej celi przy pracy i modlitwie, lecz tam nie wytrzymuje. Ogarnia go znużenie pracą.
Demon doradza mu, by znalazł sobie inne zajęcie, które na pewno okaże się ciekawsze, efektywniejsze i łatwiejsze. Sugeruje również, by opuścił swoją celę i zamieszkał w innym miejscu, które na pewno okaże się o wiele lepsze niż to, w którym żył do tej pory.
Podsuwa też myśl, że życie monastyczne nie ma sensu, bo w świecie również można się zbawić. Mnichowi wydaje się, że czas płynie nieskończenie wolno. Wygląda przez okno, czy może ktoś nie idzie właśnie go odwiedzić. Zaczyna czytać literaturę duchową, lecz szybko ogarnia go senność. Znudzony lekturą kartkuje książkę, przeskakuje z rozdziału do rozdziału, a w końcu odkłada książkę i zapada w sen. Potem się budzi, lecz dalej czuje się nieszczęśliwy, bo nie otrzymuje tego, czego chce. Problem jednak w tym, że sam nie wie, czego pragnie.
Walka z demonem zniechęcenia jest niesłychanie trudna. Zdaniem Ewagriusza, najskuteczniejszą metodą jest wytrwałość: Czyń wszystko z wielkim staraniem i bojaźnią Bożą. Wyznacz sobie miarę w każdym dziele i wcześniej nie odstępuj, póki jej nie wypełnisz. I módl się uważnie i żarliwie, a duch zniechęcenia ucieknie od ciebie („O ośmiu duchach zła”).

Demon próżności

Próżność polega na szukaniu uznania u innych. Tym trudniej z nią walczyć, ponieważ wzrasta wraz z cnotami. Im bardziej człowiek doskonali się duchowo, tym bardziej odczuwa pragnienie bycia podziwianym za swoją doskonałość.
Jak zauważa Ewagriusz, próżność doradza modlić się na placach („O ośmiu duchach zła”) i obnosić się z własną pobożnością, byleby tylko dostrzegli to inni i podziwiali nas za to. Nawet praktyki ascetyczne – post, czuwanie, modlitwa, stają się łatwe i przestają sprawiać trudności, ponieważ pochwała z ust wielu pobudza do pilności („O ośmiu duchach zła”). Taka pobożność jest jednak niewiele warta, bowiem cnota budowana na próżności szybko umiera.
Próżność nakłania również do odgrywania roli nauczyciela i pouczania innych, chociaż człowiek jeszcze do tego nie dorósł: „Przeciwko próżności, która nakłania nas do nauczania, choć nie posiadamy zdrowia duszy i rozpoznania prawdy: Nie czyńcie zbyt wielu starań, bracia moi, aby zostać nauczycielami. Wiecie bowiem, że doznamy sroższego sądu (Jk 3, 1) („O sporze z myślami”).
By uniknąć pokusy próżnej chwały, Ewagriusz doradza ukrywanie własnej cnoty: „Nie wyjawiaj publicznie twojej ukrytej wstrzemięźliwości (…) aby Ojciec, który widzi w ukryciu, udzielił ci jawnej zapłaty” („O ośmiu duchach zła”).

Demon pychy

Podobnie jak próżność, również pycha wzrasta wraz z cnotami. Zniewolenie przez namiętność próżności jest też prostą drogą do pychy:Obecność próżności zwiastuje pychę („O ośmiu duchach zła”). Pycha polega na głębokim przekonaniu o własnej doskonałości i pogardzie wobec innych ludzi.
Człowiek pyszny zachwyca się własnymi cnotami. Z czasem nabiera nawet przekonania, że osiągnął wyżyny świętości. Co więcej, dochodzi do wniosku, iż udało mu się to osiągnąć wyłącznie własnymi siłami. Zapomina, że wszystko, co w życiu osiągnął, jest przede wszystkim darem Bożym. Na innych ludzi człowiek pyszny patrzy z góry. Widzi głównie ich wady, samego zaś siebie stawia za wzór postępowania i pobożności.
Zniewolony przez demona pychy podziwia własną mądrość i gardzi mniej wykształconymi od niego. Źródłem pychy może być również pochodzenie społeczne, które przejawia się w przekonaniu o własnej wyższości nad gorzej usytuowanymi.
Najskuteczniejszym lekarstwem na pychę jest pokora.
Bywa ona jednak bardzo gorzkim lekarstwem, ponieważ Bóg chcąc uczynić nas bardziej pokornymi, pozwala byśmy byli w życiu doświadczani przez różne trapiące nas problemy: próżność leczy się przez niesławę i strapienie (..); niesława, chociaż ogarnia leczonego smutkiem, to jednak kładzie kres uciążliwym namiętnościom, próżności i pysze („O ośmiu duchach zła”).

Grzegorz Szmyga

Bibliografia:
Ewagriusz z Pontu: O różnych rodzajach złych myśli, o ośmiu duchach zła, Wydawnictwo M, Kraków 2006
Ewagriusz z Pontu: Pisma ascetyczne, tom 2, Wydawnictwo Tyniec, Kraków 2005
Apoftegmaty Ojców Pustyni (Gerontikon), tom 1, Wydawnictwo Tyniec, Kraków 2004
Apoftegmaty Ojców Pustyni (Gerontikon), tom 2, Wydawnictwo Tyniec, Kraków 2006
Św. Antoni Wielki. Żywot. Pisma ascetyczne, Wydawnictwo Tyniec, Kraków 2005
Arcybiskup Paweł (Olmari): Nasza wiara, BMP, Białystok 1999
Aneta Kania: Osiem przeszkód na drodze rozeznania duchowego, Zeszyty Formacji Duchowej, nr 20, Wydawnictwo Salwator

wtorek, 23 marca 2010

Pokajanije


Pokajanije nie jest tożsame z pokutą, rozumianą jako zadośćuczynienie za popełniony grzech.

Z pokutą mamy do czynienia wtedy gdy postrzegamy Boga w kategoriach jurydycznych, a więc jako Prawodawcę, który ustanowił pewne prawa i nakazał je przestrzegać. Jeśli człowiek złamie te prawa spada na niego kara, a Bóg-Prawodawca wpada w gniew. By uśmierzyć Jego gniew i uniknąć kary należy Bogu zadośćuczynić, a więc zrobić coś co uśmierzy Jego sprawiedliwy gniew i pozwoli uniknąć kary. Pokuta jest właśnie czymś takim. Trochę człowiek pocierpi, umartwi się, popokutuje, a Bóg widząc jego starania przestanie się na człowieka gniewać. Im większe zło człowiek uczynił tym większa powinna być pokuta, aby zrównoważyć i naprawić wyrządzoną niesprawiedliwość.

Pokajanije ma o wiele głębszy sens. Pokajanije to świadomość własnej grzeszności. To świadomość własnego upadku. Pokajanije to wypływający z głębi serca żal za popełniony grzech. Pokajanije to pragnienie zmiany. Pragnienie zerwania z grzechem. Pragnienie wyzwolenie się z niewoli namiętności. Boże jestem świadom własnego upadku, wiem, że jestem człowiekiem grzesznym, zdaje sobie sprawę z namiętności, które mnie zniewalają! Boże wybacz mi mój grzech! Podnieś mnie z upadku, ulecz moją duszę! Wybaw mnie z niewoli grzechu! Tak będzie wołał człowiek, który się kaja! Bóg to miłosierny Ojciec, który czeka z otwartymi ramionami na swego marnotrawnego syna, gotów go przyjąć jeśli tylko do niego przyjdzie, mówiąc Ojcze zgrzeszyłem wobec nieba i przeciwko Tobie i nie jestem godzień dłużej nazywać się synem Twoim! (Łk.15, 21).

Pokajanije jest podstawą życia duchowego. Pokajanije jest jednym z filarów naszej drogi do zbawienia. Jak powiedział starzec Cleopa -
Ci zostawali świętymi, którzy opłakiwali własne grzechy!



Pokajanije starca Anatola jest tak głębokie, że starzec aż roni łzy. Wypowiada przy tym słowa Psalmu 50 (51), który napisał król Dawid by wyrazić przed Bogiem swój żal za grzech, który popełnił.